Widza, który swoje pierwsze spotkanie z wikingami przeżył przed ponad półwieczem, jako nastolatek rozczytując się w Sadze o Jarlu Broniszu Władysława Grabskiego i Dzikowym skarbie Karola Bunscha. Teraz, na kartach niniejszej książki, mogłem przedstawić własną literacką wizję ich tyleż ekscytującego i przyciągającego kolorytem, co okrutnego świata.

***
Po rozpadzie pierwszego w dziejach Europy globalnego imperium stworzonego przez Rzym i podczas trwającej kilka dziesiątek lat agonii jego zachodniej części, ogromne połacie kontynentu wpadły w ręce barbarzyńców i pogrążyły się w chaosie krwawych walk. Kolejne fale Wizygotów, Ostrogotów, Wandalów w V wieku naszej ery przewaliły się przez Galię, Italię, Bałkany, zawzięcie wydzierając sobie ziemie dogorywającego Cesarstwa Rzymskiego. Lecz nie oni okazali się najgorsi. Wkrótce po nich przez Europę przetoczyły się hordy przybyłych ze wschodu Hunów, którzy błyskawicznie zbudowali własne ogromne państwo rozciągające się od Morza Kaspijskiego po Ren i od wybrzeży Morza Północnego po Bałkany. Ich wódz, Attyla, nie bez przyczyny został nazwany Biczem Bożym. Zachodnie Cesarstwo, na chwilę przed upadkiem, zdołało się okrutnym koczownikom zwycięsko przeciwstawić dzięki przymierzu z Wizygotami, ale pamięć o barbarzyństwie Hunów i straszliwych zniszczeniach, jakie spowodowali na terenie Galii i Italii miały, pozostać w pamięci kolejnych pokoleń. Nigdy wcześniej Europejczycy nie przeżyli równie wielkiego strachu i traumy. Mawiano, że tam gdzie pojawili się niezwyciężeni długo Hunowie, nie wyrastała trawa stratowana kopytami ich koni, a matki straszyły nimi swoje niegrzeczne dzieci.

Wydawało się jednak, że czas uleczy rany, a w świadomości ludzi wspomnienie o Hunach się zatrze. W dużej mierze stało się tak za sprawą króla Franków Karola Wielkiego, który w VIII wieku podjął wielkie dzieło reaktywowania Cesarstwa Zachodnio-Rzymskiego. W 800 roku na jego głowie spoczęła cesarska korona i można było oczekiwać, że umęczony kontynent, w każdym razie jego zachodnia część, zazna wreszcie tak upragnionego spokoju poddana silnym i mądrym rządom Karola.

Były to jednak złudne nadzieje; tu i ówdzie na wybrzeżach jego ogromnego państwa zaczęły się pojawiać niewielkie grupki rabusiów przypływające na śmigłych łodziach i pozostawiających po sobie trupy i zniszczenia. Dotyczyło to również sąsiedniej Anglii. Kronika anglosaska wspomina o pojawieniu się trzech okrętów u wybrzeży Dorset w królestwie Wessex i zabójstwie urzędnika, który wyszedł nieznajomym na spotkanie. Zrazu nie przywiązywano do owych napaści większej wagi, gdyż nie mogły poważnie zagrozić państwu Franków ani Anglii. Jednak zaledwie siedem lat przed koronacją Karola Wielkiego na ziemi angielskiej wylądowała grupa grabieżców ze Skandynawii, których pojawienie się poprzedziły straszne znaki na niebie, a zaraz po nich niesłychany głód. Napastnicy złupili leżące na północno-wschodnich rubieżach Anglii opactwo Lindisfarne i wymordowali większość przebywających w nim mnichów. Szczęśliwcy, którzy uniknęli ciosów toporów oraz mieczy i nie zostali potopieni w morzu, zakosztowali upokarzającego życia niewolników.