Ale przede wszystkim faktyczne pęknięcie kraju i społeczeństwa, o czym pisał Andrzej Jureczko w Testamencie Krzywoustego: „Od 1102 r. występuje więc w Polsce nie tylko podział na dzielnice, lecz mamy także do czynienia z rozbiciem społeczeństwa na dwa wrogie obozy, sprzymierzone z siłami zewnętrznymi”. W braterski spór, obok Węgrów, Rusinów i Czechów, wmieszał się cesarz Henryk V, po którego nieudanej wyprawie w 1109 roku pozostało wspomnienie heroicznej obrony Głogowa i mit o bitwie na Psim Polu pod Wrocławiem. Dwa lata później Polska miała już tylko jednego władcę. Zwabiony podstępem i zgładzony przez siepaczy Zbigniew – prawda, że hardy i prowokujący Bolesława, dybiący na jego życie i szukający pomocy u obcych – stał się wyrzutem sumienia zwycięskiego księcia. Zaś brutalne starcie z bratem i jego śmierć, kosztowały go kościelną klątwę i o mały włos nie pozbawiły książęcego tronu. Był bardzo bliski losu, jaki spotkał jego stryja Bolesława Śmiałego, który utracił koronę w związku z wyzwaniem rzuconym Kościołowi. Krzywousty się ukorzył i uratował władzę, ale jego pozycja osłabła. Pamiętając o własnych tragicznych przejściach pragnął ustrzec przed nimi swoich czterech synów (piąty prawdopodobnie urodził się już po jego śmierci). Nie miał wielkiego wyboru. Mógł jednego z nich uczynić swoim następcą i oddać mu rządy nad krajem nie kłopocząc się o pozostałych synów lub obdarować każdego z nich kawałkiem Polski czyniąc któregoś księciem zwierzchnim. Mógł też nie czynić niczego i po swoim zgonie pozostawić sprawy własnemu biegowi. Tego jednak bał się najbardziej.