Wydarzenia początku XVII wieku stały się pożywką dla skrajnie nacjonalistycznej narracji obliczonej na konsolidację społeczeństwa wokół władzy państwowej. Niczym manifest programowy z minionych czasów brzmią słowa współczesnego rosyjskiego publicysty Aleksandra Tarnajewa: „Tak się złożyło, że po czterystu latach od zwycięstwa […] znowu trzeba zbierać siły, aby odrodzić Ruś. Powinniśmy postępować zgodnie z przykładem przodków, którzy położyli kres przeklętej smucie”. Może najbardziej skrajna ocena triumfu z 1612 roku, ogłoszonego przez Dumę „Rokiem rosyjskiej historii”, wyszła z ust patriarchy Moskwy I Wszechrusi Cyryla I, który zrównał go z ze zwycięstwem nad Hitlerem.

W opisanych poczynaniach należy doszukiwać się szczególnie złowieszczego tonu, kiedy po wybuchu wojny na Ukrainie stosunki polsko-rosyjskie nabrały nowego-starego charakteru i oba państwa powróciły do jawnie wrogich relacji. W ich stosunkach pojawiły się dawne demony. Zaskakuje i zarazem przeraża, że w retoryce są znów używane określenia obecne również przed czterystu laty. Z jednej strony podli, perfidni, krwiożerczy, prymitywni wschodni mordercy, a z drugiej butni, nielojalni, chciwi i przewrotni Polaczki-Lachy. Te określenia budzą zupełnie jednoznaczne skojarzenia budując negatywne emocje i podsycając zadawnione urazy. Wydaje się, że poszły na marne wszystkie przyjazne gesty i wysiłki, by zasypać wykopane przez stulecia głębokie rowy wypełnione wzajemną nieufnością i pretensjami.

Ziarno nienawiści zasiane podczas Dymitriad i okupacji Kremla przez Polaków, obficie podlewane i pielęgnowane przez Rosjan chociażby podczas rzezi Pragi w 1794 roku i później, w czasie topionych we krwi powstań narodowych, bestialskiej kaźni polskich oficerów w 1940 roku i wyrzynania niepodległościowego podziemia po II wojnie światowej – wypuściło bujne pędy.

Nie mam nadziei, aby ów zatruty krzew nienawiści miał kiedyś obumrzeć.